Kiedy wrą namiętności i burzą szaloną
Rozdzierają mi serce i wstrząsają łono,
Biegnę w leśne ustronie, gdzie wiatr po drzew szczytach
Cicho stąpa, i ległszy topię wzrok w błękitach.
Jaka cisza ! Szmer żaden nie dobiega ucha.
Serce mi dziwna, słodka przejmuje otucha,
Krew bije wolniej, chłodną gorejące skronie,
Straszliwa walka uczuć ucisza się w łonie.
Żywicznie sosny dyszą, z dala pachnie niwa…
Nieskończoność błękitów ciągnie mnie, porywa,
I tonę w tym bezmiernym, bezdennym przestworzu,
Zbawion myśli, czuć, pragnień, jak w nicestwa morzu.
Marnotrawny syn, wracam na przyrody łono,
Ona — matka ma, bóg mój, koi utęsknioną
Duszę mą, uspokaja, łagodzi i pieści —
Błogosławiony-ś, lesie, lekarzu boleści!
Gdy znów do murów klajstrem świeżym
Przylepiać zaczną obwieszczenia,
Gdy „do ludności”, „do żołnierzy”
Na alarm czarny druk uderzy
I byle drab, i byle szczeniak
W odwieczne kłamstwo ich uwierzy,
Że trzeba iść i z armat walić,
Mordować, grabić, truć i palić ;
Gdy zaczną na tysięczną modłę
Ojczyznę szarpać deklinacją
I łudzić kolorowym godłem,
I judzić „historyczną racją”,
O piędzi, chwale i rubieży,
O ojcach, dziadach i sztandarach,
O bohaterach i ofiarach ;
[..]
– O, przyjacielu nieuczony,
Mój bliźni z tej czy innej ziemi !
Wiedz, że na trwogę biją w dzwony
Króle z panami brzuchatemi ;
Wiedz, że to bujda, granda zwykła,
Gdy ci wołają: „Broń na ramię!”,
Że im gdzieś nafta z ziemi sikła
I obrodziła dolarami ;
Że coś im w bankach nie sztymuje,
Że gdzieś zwęszyli kasy pełne
Lub upatrzyły tłuste szuje
Cło jakieś grubsze na bawełnę.
Rżnij karabinem w bruk ulicy !
Twoja jest krew, a ich jest nafta !
I od stolicy do stolicy
Zawołaj broniąc swej krwawicy :
„Bujać – to my, panowie szlachta!”
Julian Tuwim
(ze zbioru “Biblia cygańska”, 1933)
Barbara Botton
Podczas wojny, woziły ofiary, punktualnie, jak szalone ;
Dzisiaj – na odwrót – ciągle chronicznie są spóźnione.
Barbara Botton
Plejady to gwiazdozbiór już październikowy,
Spokojnym tokiem płynąc losy twoje iści.
Powoli wyjdź przed bramę, nie odwracaj głowy,
I zerwij parę złotych, poranionych liści.
Proch ci zostaje w dłoni, rozwiewa się, ginie,
I słyszysz tylko ogród, co dyszy jak chory.
Złociste liście zginą i jesień ta zginie,
I złe – i dobre nawet – miną gwiazdozbiory.
Więc cóż nam – jak gwiazdom zagubionym w mroku –
Spalać się ogniem wiecznie, kiedy chłód nas czeka ?
Po cóż świecą plejady i łzy w twoim oku,
Gdy je ogarnia czarna przemijania rzeka ?
Kiedy sztuczna inteligencja tak się odurzy
że odróżni zapach gówna od róży,
to wtedy będzie mieć, w przyszłości,
możliwość, nad człowiekiem, wyższości.
Barbara Botton