Na łonie przyrody
Kiedy wrą namiętności i burzą szaloną
Rozdzierają mi serce i wstrząsają łono,
Biegnę w leśne ustronie, gdzie wiatr po drzew szczytach
Cicho stąpa, i ległszy topię wzrok w błękitach.
Jaka cisza ! Szmer żaden nie dobiega ucha.
Serce mi dziwna, słodka przejmuje otucha,
Krew bije wolniej, chłodną gorejące skronie,
Straszliwa walka uczuć ucisza się w łonie.
Żywicznie sosny dyszą, z dala pachnie niwa…
Nieskończoność błękitów ciągnie mnie, porywa,
I tonę w tym bezmiernym, bezdennym przestworzu,
Zbawion myśli, czuć, pragnień, jak w nicestwa morzu.
Marnotrawny syn, wracam na przyrody łono,
Ona — matka ma, bóg mój, koi utęsknioną
Duszę mą, uspokaja, łagodzi i pieści —
Błogosławiony-ś, lesie, lekarzu boleści!
Zakres tematyczny:
PRZESMYCKI Zenon





























