Zakres tematyczny:
liryczne, Moje Wiersze
Kiedy wrą namiętności i burzą szaloną
Rozdzierają mi serce i wstrząsają łono,
Biegnę w leśne ustronie, gdzie wiatr po drzew szczytach
Cicho stąpa, i ległszy topię wzrok w błękitach.
Jaka cisza ! Szmer żaden nie dobiega ucha.
Serce mi dziwna, słodka przejmuje otucha,
Krew bije wolniej, chłodną gorejące skronie,
Straszliwa walka uczuć ucisza się w łonie.
Żywicznie sosny dyszą, z dala pachnie niwa…
Nieskończoność błękitów ciągnie mnie, porywa,
I tonę w tym bezmiernym, bezdennym przestworzu,
Zbawion myśli, czuć, pragnień, jak w nicestwa morzu.
Marnotrawny syn, wracam na przyrody łono,
Ona — matka ma, bóg mój, koi utęsknioną
Duszę mą, uspokaja, łagodzi i pieści —
Błogosławiony-ś, lesie, lekarzu boleści!
Kiedy sen gasi wszystkie alarmy globalne
I ucisza szum maszyn, w ktȯrych robot mieszka,
Wracają do mnie znowu jakieś dnie upalne,
A z nim wraca snami zarośnięta ścieżka.
Pachną sosny gorące. Życie jest bezpieczne,
Popołudnie – łagodne, rzewne – ptakȯw głosy,
I wszystko, co mnie cieszy, jest bezużyteczne :
I ufność, i życzliwość, i kwiaty, i wrzosy.
O, jak miło iść tędy, wśrȯd ciszy upału,
Z wonią sosen na twarzy, bez łez pod powieką.
I wiedzieć, że do domu trzy wiorsty zostało,
I nie czuć, że to właśnie o sen za daleko.