Tyś jest jak dzień wiosenny z pogodą błękitną
I majowe w swej duszy nosisz poematy,
Radością zasadzone myśli w tobie kwitną
Ruchliwe, jak motyle, i wonne, jak kwiaty.
Lubię wspominać twoje miłosne spojrzenia
Zatulone w powiekach, jak stokrotki w trawie,
I krągły śmiech, co z warg ci zęby wypłomienia,
Białe, jak miąższ jabłeczny, w czerwonej oprawie.
Kiedyś potem – jesienią bez ciebie żałosną,
Gdy smutek serce ścichłe napełni po brzegi,
Niech mi się przyśnią twoje, w białych sukniach, wiosno,
Pocałunki słoneczne : twe maleńkie piegi.
Kazimierz Wierzyński
Fiołkami ci drogę uścielę,
Kwiaty rzucę pod stopy pachnące,
Wonne lasów i pól naszych ziele
I storczyki, co rosną na łące…
Fiołkami ci drogę uścielę,
Że nie dotknie się stopa twa ziemi,
I powiodę cię, biały aniele,
I powiodę szlakami jasnemi…
W marzeń cichym klękniemy kościele
Gdzieś od ludzi daleko i światła,
Mój ty biały, serdeczny aniele,
Moja duszo ty jasna, skrzydlata!…
Biedne fiołki, to nie czas !
Wiatr północny jeszcze wieje,
Śnieg na roli nie topnieje,
Słońce świeci, lecz nie grzeje
Jeszcze zima – szkoda was !
To cieplarnia, a nie las,
To przez okno słońce pali,
Wiosnę przed wami udali,
Niegodni was oszukali,
Wy w niewoli – żal mi was !
Za to dla mnie widzieć was
To jak słyszeć ptasząt pienia
I z jednego powonienia
Kilku wiosen mieć wspomnienia.
Miłe fiołki, witam was !
Komu prędko mija czas,
Komu wiosna się odmieni,
Komu bliżej do jesieni,
Kto swą przeszłość drogo ceni,
W każdej porze lubi was !
Wokół mnie kwiaty urodziwe kwitną,
Smutny, samotny błądzę wśród rabatek ..
Aż widzę – skinął mi główką błękitną
Nasz swojski w cieniu zaszyty bławatek.
– Witaj, krajanie ! – Pól widny w dolinie,
Szeptem pozdrawiam słowami chmurnymi :
– Tęsknię, mój miły, w bogatej krainie
Do mojej biednej a dalekiej ziemi.
Maksim Bohdanowicz
Przełożył z rosyjskiego Tadeusz Chróścielewski
Źródło :”Poezje wybrane” Maksim Bohdanowicz, Wydawnictwo Łódzkie, 1973
Nie miałem z kalendarzem zbyt dobrej komitywy,
Młodość mojego życia przepadła na wiek siwy.
Gdy idę przez ulice – dusza pogania ciało ;
Pięćdziesiąt lat przeżyłem i ciągle mi za mało !
Poeci piszą słowa, których nikt nie rozumie,
A życie takie proste – w słońcu i liści szumie ..
Wiem i kwiatach to tylko, co mi powie ich zapach,
Lecz wiedzy tej nie znajdę w książkach ani na mapach.
Lato, choć nawet siwe, niechby najdłużej trwało –
Pięćdziesiąt lat przeżyłem i ciągle mi za mało.
I chciałoby się znowu za miastem zrywać chabry,
Uśmiechać się do dziewcząt powracających z fabryk,
Patrzeć z mostu na Wisłę mieniącą się tak złudnie,
Tańczyć na Mariensztacie w niedzielne popołudnie,
A potem z konduktorką z „czternastki” iść na lody
I udawać młodego – choć już się nie jest młodym.
Ty jesteś najpiękniejsze zwierzęta,
włosy twoje o świcie są mokre,
tyś wysoka jak światła na okrętach
do oddechu twojego się modlę.
Tobiem wszystkie zbudował instrumenty,
wszystkie owoce zniósł, wszystkie kwiaty,
ciebie ścigam przez wszystkie firmamenty,
wszystkie światy, wszystkie klimaty.
Zakwitła grzęda kogucim grzebieniem,
Kury jak rude liście wydmuchane wiatrem –
– wszystko jest z drugiej strony i jest tylko cieniem,
a dziś czarnym płótnem na poły rozdartym.
Pieją astry nieletnie – kwiatów nieświadome-
nasturcje nakrywają krągłym liściem jaja –
kury błądzą astrowo, z nagła niewidome –
a nasturcjowa senność byt z niebytem spaja.
Za rzeką stuka tartak – zegar opętany –
słychać, pod ziemią słychać, jak spadają wióra –
sypie się tynk na kwiaty z ziewającej ściany –
Na grzędzie siada kogut, pod nasturcją kura.
Przerażonej jabłoni wypadło z rąk jabłko,
tartak tyka – obłokom odrzuca godziny,
płot skrzyżował się cieniem – i właśnie tą siatką
sypią się na pejzaż umarłe trociny.
Barbara Botton














